Winorośl

Mam taką winorośl prostą, wiejską i pospolitą, którą kiedyś zwalczałem nieświadomie, a dziś jest moją ulubioną rośliną, w której mieszka cała masa ptaków.
A było to tak... Gdy osiem lat temu sprowadziliśmy się do Teremisek, nasz ogród i podwórko były strasznie zarośnięte i zachwaszczone. Ruszyliśmy do robienia porządków i po pewnym czasie obejście wyglądało jako tako. Tylko przy starym drewnianym garażu rósł jakiś dziwaczny krzak. Co tylko go potraktowałem kosą, on odrastał i tak przez kolejne dwa lata trwała walka z tym czymś dziwnym, czego nie potrafiłem nawet nazwać, jak przystało na ogrodowego wówczas laika. Trwałoby to pewnie do dziś, gdyby nie pani Luda, nasza sąsiadka, która pewnego dnia zawitała do naszego ogrodu i gdy tylko zobaczyła mnie z kosą zamierzającego się na zielonego krzaczora, zamachała rękami i z przerażeniem krzyknęła: - Co pan najlepszego robi, toć to winorośl!

W ten oto sposób dowiedziałem się, że mam coś takiego, no i oczywiście przestałem ją zwalczać. To jednak, że już nie traktowałem jej kosą, nie oznacza, że jakoś się zacząłem specjalnie przejmować losem winorośli. Poza tym, że zrobiliśmy jej drabinkę, to ani nie otulaliśmy jej słomą na zimę, ani nie podlewaliśmy, ani nie nawoziliśmy. Mam po prostu taką twardą zasadę, że jak jakaś roślinka nie przeżyje w klimacie wschodniej Polski bez pomocy, to się nie nadaje i tyle.

Winorośli tej prostej i wiejskiej najzupełniej to wystarczyło, że już nie była wycinana i zaczęła się bujnie rozrastać. Najciekawsze było to, że gdy nasi sąsiedzi walczyli z poświęceniem i na dodatek bez sukcesów o przeżycie ich kupnych i sprowadzanych sadzonek winorośli, nasza, która dostała twardą szkołę życia, była coraz piękniejsza. Zarosła niemal całą południową ścianę garażu i stała się ostoją wszelkiej ptasiej drobnicy. W jej gąszczu śpią sobie wróble i mazurki, a czasami chowają się wśród jej liści muchołówki. Pod nią mieszka ropucha, a gdy owoce są już dojrzałe, zlatują się do nich szpaki. Owoce co prawda nie są jakąś specjalną rewelacją - małe, fioletowe i niezbyt słodkie - ale szpaki je uwielbiają. Zresztą nie tylko one. Szpaki mają ostrą konkurencję ze strony pewnego mojego kolegi z pracy, który specjalnie przyjeżdża do nas na winogrona, i... pani Ludy, która robi z winogron znakomity sok. Ja sam, gdybym nie był arcyleniem, zapewne pokusiłbym się o próbę zrobienia wina, bo owoców jest całkiem dużo. Z paru metrów kwadratowych pani Luda zbiera dwa wiadra, a i tak zawsze coś zostawia dla ptaków.

No dobrze, ale dlaczego ja piszę o tym wszystkim akurat w kwietniu. Otóż właśnie teraz, tu, w Teremiskach, zaczyna się wiosna i najwyższy czas, by przyciąć naszą winorośl. Nie przycinam jej po to, by była ładniejsza lub lepiej owocowała, bo to mnie zupełnie nie obchodzi, ale po to, by mieć kolejne winorośle. Tuż przed wypuszczeniem liści obcinam pędy grubości najcieńszego palca i długości 30-40 cm. Potem wsadzam je do wiadra z wodą i czekam, aż wypuszczą korzenie. Gdy te są już naprawdę solidne, czyli po blisko miesiącu, mogę takie sadzonki wsadzić do ziemi w ogrodzie. Taką młodą winorośl przez jakiś czas trzeba trochę popodlewać, ale gdy się już usamodzielni, nie ma z nią żadnych kłopotów. Nadwyżki sadzonek, których mam zawsze pełno, rozdaję znajomym i sąsiadom, by się już nie męczyli z różnymi sprowadzanymi okazami. Dlatego gdy będziecie Państwo teraz gdzieś na wsi i traficie na taką winorośl, może warto poprosić właściciela, by uciął wam gałązkę tej niezwykle odpornej i bardzo pożytecznej rośliny.

Więcej o: