Strych z huśtawką

Dla szpitali, biur i muzeów razem ze słynnym włoskim architektem Claudiem Silvestrinim projektuje sale pachnące lasem. W jej własnym domu pachnie Wartą

 

Tekst: Marcin Piekoszewski Zdjęcia: Norbert Banaszyk/Dada

 

 

Dach stromy i lichy, w nim dwa półokrągłe okna, a pomiędzy - gęsty ruszt belek, rozwór i krokwi. Na środku trzy kominy, dwa wygięte w jeden niczym konar starego drzewa, pokryte plastrami tynku, w który sadza wżerała się już w czasach wielkopolskiego powstania. Ciemno, ciasno, chropowato. - W '82 spytałam w urzędzie miasta o strychy dla artystów - opowiada Joanna Przybyła, wtedy na trzecim roku poznańskiej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych. - Adresów dostałam 50.

 

Fot. Norbert Banaszyk/Dada

Góra dramatyczna - jak mówi Joanna - gęsty ruszt belek i zardzewiały wiatrak. Dół efemeryczny - huśtawka, papierowe płachty, szklany stół...



 

Kamienica na Ostrowie Tumskim nie miała sobie równych (do dziś w Poznaniu to miejsce wciąż osobne: wzdłuż chodnika wypielęgnowane miniogródki, pod oknami tu i ówdzie kajak i łódka, nad rzeką żaby i bobry). Kobieta, która wcześniej zarezerwowała strych dla syna, szczęśliwie doczekała się przydziału w bloku i miejsce się zwolniło. Dwa lata trwało załatwianie formalności, przez następne pięć lat ciągnął się remont - materiałów prawie żadnych i z pieniędzmi krucho. Stolarzowi asystowała przy pracach, zaprojektowała okna, bo gotowych skośnych w sprzedaży nie było. Na antresoli obejmującej kominy - u samego szczytu domu - stanęło łóżko. Przez okno u wezgłowia widać zakole Warty. Przeciwległą połać dachu od strony katedry (z grobowcem Mieszka I) trzeba było nieco podnieść, żeby zmieścić łazienkę i kuchnię. I wpuścić światło.

 

Optyczna lekkość otoczenia wpływa na samopoczucie i jest dobrym tłem dla prac Joanny, np. dla naciętej białej kartki (za stołem z lewej strony). - Interesuje mnie integracja przestrzeni z dziełem sztuki - mówi Przybyła

Optyczna lekkość otoczenia wpływa na samopoczucie i jest dobrym tłem dla prac Joanny, np. dla naciętej białej kartki (za stołem z lewej strony). - Interesuje mnie integracja przestrzeni z dziełem sztuki - mówi Przybyła



 

Na swojej ostatniej wystawie w warszawskiej galerii Foksal w 2006 roku Joanna Przybyła pokazała serię fotografii: 'Obserwacje światła przenikającego przez pojedynczy gest' - gwałtowne nacięcia na powierzchni białych płacht rozwieszonych na białym strychu, którym przypatrywała się o różnych porach dnia i roku. Wystawa była swego rodzaju powrotem do pierwszych prac, choć wtedy wszystko działo się w ciemności. W 1984 roku jej wystawa dyplomowa odbyła się w poznańskiej galerii Nurt, której ściany pomalowane były na czarno. Okna zasłaniały ponacinane rysunki, przez które przechodziło światło.

 



Pamiętam, jak nad Puszczą Drawską przeszła trąba powietrzna - Joanna wspomina leśne wędrówki z przyjacielem, fotografem przyrody. Znaleźli przewrócone, pokaleczone drzewa. Przeniosła je w całości do galerii (pierwsze 'przewrócone drzewa' pokazała w Warszawie w 1988 roku). - Im trudniejsze wyzwanie, tym bardziej ekscytujące - opowiada o przygotowaniach do kolejnych wystaw. Na wystawę w Nowym Jorku wybrała 18-metrowy pień do połowy zanurzony w rzece. Nawet ekipy specjalizujące się w przewożeniu całych domów ze stanu do stanu nie potrafiły sprostać zadaniu. Dopiero Gardenia Brothers, czyli sześciu Włochów z cygarami w zębach, za 2 tys. dol. znalazło sposób na pień.

 

Fot. Norbert Banaszyk/Dada

Przy stole z grubego szkła według pomysłu Joanny zmieści się i kolacja dla kilkunastu osób, i projekt, nad którym Joanna akurat pracuje

 



- Zawsze chciałam zaprojektować wnętrze, w którym czuć zapach lasu jak po deszczu - mówi Przybyła, opisując projekt zatytułowany 'Raum'. Realizuje go wspólnie z Claudio Silvestrinim, słynnym włoskim architektem minimalistą nazywanym rzeźbiarzem przestrzeni.

 



W połowie lat 90. wybrała się do Prowansji, aby na własne oczy zobaczyć jego prywatny dom, na którego zdjęcie natrafiła w jakimś czasopiśmie. Dom Silvestriniego to ucieleśnienie duchowej ascezy - w XVII wieku był zajazdem dla pielgrzymów zmierzających do Awinionu. Według Silvestriniego minimalizm to nie styl, to podejście, sposób bycia. To reakcja na hałas - wizualny hałas, nieład i wulgarność. - Minimalizm to pogoń za istotą rzeczy, nie za jej pozorem - podkreśla architekt.

 

Fot. Norbert Banaszyk/Dada

Łazienka z oknem



 

Pachnące wnętrze wykonane zostanie z drewna cedrowego, którego zapach przypominający zapach leśnej ściółki wywoływany będzie przez odpowiednią wilgotność powietrza (z Joanną i Silvestrinim współpracują naukowcy z Politechniki Wrocławskiej i Poznańskiej Akademii Rolniczej). - Ma służyć do odświeżania percepcji i zdolności do pracy - wyjaśnia artystka. - Może być wykorzystany w szpitalach, biurach, ale też w wielkich muzeach, gdzie co jakiś czas trzeba odzyskiwać siłę do dalszego zwiedzania.

 

Fot. Norbert Banaszyk/Dada

Rozproszone japońskimi bibułami światło pomaga w koncentracji



 

Wnętrze poznańskiego strychu z biegiem czasu złagodniało. Zniknęły wszelkie kolory (pozostały jedynie odcienie bieli i rdza wiatraka przy suficie), stary drewniany stół zastąpił szklany według jej projektu. Okna przysłania japońska bibuła reagująca na oddech siedzącej przy niej osoby. Z centralnej belki na dwóch linach zwisa huśtawka. Wśród fotografii rozrzuconych na strychu leży projekt: ten sam szklany stół i huśtawka w wielkim studiu z oknami od podłogi do sufitu. - Dawniej miałam minimalne potrzeby. Kiedy czuję się minimalistką, potrzebuję większej przestrzeni - śmieje się Joanna. Zastanawia się nad znalezieniem miejsca w Berlinie lub Londynie. Ale z Poznania na pewno nie wyprowadzi się na stałe. Na Ostrowie wszyscy ją znają (choć niekoniecznie jako artystkę), a najlepszy kontakt ma z dziećmi. Czasami wspólnie zbierają śmieci nad Wartą.





Źródło: Wysokie Obcasy

Więcej o: