Baby i nocne upiory dorwały się do pędzla, czyli 3 wystawy, których nie możesz przegapić w sierpniu

Miesiąc Sztuki w Czterech Kątach trwa w najlepsze, a wraz z nim - sezon urlopowy. Choć nie każdemu z nas upłynie on na wygrzewaniu się na plaży pod palmą w Chorwacji czy przechadzaniu się urokliwymi włoskimi uliczkami, warto spróbować wygospodarować dla siebie choć jeden długi weekend na relaks. A szukać atrakcji na ten czas nie trzeba daleko - sierpień to bowiem idealny moment na odwiedzenie jednej z wielu wystaw czasowych. Wytypowałyśmyśmy kilka, które uznałyśmy za szczególnie interesujące - będzie trochę feministycznie, trochę abstrakcyjnie, trochę nowoczesnie, a trochę tradycyjnie. A przede wszystkim każda z nich ucieszy nie tylko nasze oczy, ale i sięgnie nieco głębiej - czyż nie takie jest właśnie zadanie prawdziwej sztuki?
Muzeum Narodowe w Lublinie
Fot. Instagram: @nationalmuseuminlublin

Z wizytą u 100 nocnych zjaw w Krakowie

Spragnionym fantastycznych motywów, które oderwą od rzeczywistości jak nic innego możemy zaproponować wycieczkę do Japonii - a konkretnie do muzeum Manggha w Krakowie. Rozgościły się tam bowiem yōkai - wszelkiej maści i rodzaju potwory, chochliki, diabły, upiory i zjawy, których pełna jest orientalna kultura i mitologia. Wszechobecne zjawiska nadnaturalne od lat przenikają do życia codziennego Japończyków zwykle pozostając ściśle związane z lokalnymi legendami. Pełne są ich nie tylko tradycyjne malowidła i drzeworyty, ale i współczesne mangi, anime i gry. Co ciekawe - to nie jedynie bierne wspomnienie czegoś, co było, a zupełnie żywa kultura, wciąż bowiem powstają nowe legendy miejskie i opowieści o yōkaiach. Tutaj baśniowo-horrorystyczną scenerią nie są starodawne nawiedzone pałace, a współczesne mieszkania ludzi takich jak my.

Wystawę "Sto nocnych zjaw. Duchy, demony i upiory w sztuce Japonii i Zachodu" można podziwiać do końca sierpnia.

Warszawski zachwyt nad Alfonsem Muchą

Nawet osoby, które ze sztuką mają na co dzień tyle wspólnego, że wiedzą, że istnieje prawdopodobnie kojarzą charakterystyczny styl Alfonsa Muchy. Secesyjne esy-floresy, misterne ornamenty, botaniczne wzory, no i one - piękne kobiety w zwiewnych, pastelowych szatach. Po tym bezbłędnie poznamy, że dzieło wyszło spod jego rąk. Swój unikalny styl kultywował nie tylko w ramach galerii, wnosił artyzm także do codzienności projektując plakaty, reklamy, ilustracje i opakowania, które były dziełami sztuki samymi w sobie. Co ciekawe - jego sława wybuchła dosłownie z dnia na dzień za sprawą plakatów promujących sztukę z udziałem legendarnej aktorki Sarah Bernhard. Był one tak inne od wszystkich, że ludzie dosłownie zdzierali je ze ścian i słupów ogłoszeniowych, by zabrać je ze sobą do domu. Choć spektakularny sukces w Paryżu przyniósł artyście uwielbienie całej Europy, zawsze podkreślał on swoje czeskie i słowiańskie pochodzenie nie dając się wtłoczyć w pokusy tworzenia "pod publikę". Dzięki immersyjnej wystawie w warszawskiej Fabryce Norblina można do jego obrazów dosłownie wejść i zanurzyć się w atmosferze secesyjnego piękna po uszy - nie tylko za sprawą "zwykłego" zwiedzania, ale i organizowanych w przestrzeni galerii warsztatów perfumeryjnych oraz zajęć z jogi.

Wystawa "Alfons Mucha - Magia Secesji" jest dostępna do połowy września.

Lubelskie baby dorwały się do pędzla

Historia, a zwłaszcza sztuki przez lata była opowiadana wyłącznie z męskiej perspektywy, a artystki często w niej pomijano, ignorowano albo wręcz albo infantylizowano. To nie kwestia zamierzchłych czasów - nawet wśród polskich twórców przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku kobiety reprezentuje, poza Olgą Boznańską, zaledwie kilka malarek. W tamtym momencie historii pokolenie kobiet żyjących pod zaborami najzwyczajniej w świecie pozbawione było możliwości kształcenia akademickiego, a ich ambicje uważano za w najlepszym wypadku wysoce niestosowne i niemożliwe do zaakceptowania. Duch twórczy nie dawał się jednak tak łatwo okiełznać i powstrzymać - krok po kroku wytrwałe twórczynie opierały się presji, pokonywały ograniczenia społeczne i budowały uznanie. Choć bogata spuścizna działających wówczas kilkuset wykształconych kobiet z niejasnych powodów została zapomniana, muzealnicy i historycy sztuki powoli i konsekwentnie wydobywają ich głosy z mroków przeszłości i nagłaśniają je. Jedną z takich inicjatyw jest wystawa "Co babie do pędzla?!" w lubelskim Muzeum Narodowym na Zamku. Zobaczymy tam nie tylko Boznańską, Stryjeńską, Muter czy Halicką ale i Bilińską, Gross, Rajecką, Kobro, Pająkównę, Łunkiewicz Rogoyską, Ładę-Maciągową, Chełmońską, Karp, Biankę i Roszkowską. Nie kojarzycie ich? W historii nic dziwnego - ale najwyższa pora to zmienić.

Wystawa "Co babie do pędzla?!. Artystki polskie 1850–1950" jest dostępna do 5 października.

Więcej o: