Spragnionym fantastycznych motywów, które oderwą od rzeczywistości jak nic innego możemy zaproponować wycieczkę do Japonii - a konkretnie do muzeum Manggha w Krakowie. Rozgościły się tam bowiem yōkai - wszelkiej maści i rodzaju potwory, chochliki, diabły, upiory i zjawy, których pełna jest orientalna kultura i mitologia. Wszechobecne zjawiska nadnaturalne od lat przenikają do życia codziennego Japończyków zwykle pozostając ściśle związane z lokalnymi legendami. Pełne są ich nie tylko tradycyjne malowidła i drzeworyty, ale i współczesne mangi, anime i gry. Co ciekawe - to nie jedynie bierne wspomnienie czegoś, co było, a zupełnie żywa kultura, wciąż bowiem powstają nowe legendy miejskie i opowieści o yōkaiach. Tutaj baśniowo-horrorystyczną scenerią nie są starodawne nawiedzone pałace, a współczesne mieszkania ludzi takich jak my.
Wystawę "Sto nocnych zjaw. Duchy, demony i upiory w sztuce Japonii i Zachodu" można podziwiać do końca sierpnia.
Nawet osoby, które ze sztuką mają na co dzień tyle wspólnego, że wiedzą, że istnieje prawdopodobnie kojarzą charakterystyczny styl Alfonsa Muchy. Secesyjne esy-floresy, misterne ornamenty, botaniczne wzory, no i one - piękne kobiety w zwiewnych, pastelowych szatach. Po tym bezbłędnie poznamy, że dzieło wyszło spod jego rąk. Swój unikalny styl kultywował nie tylko w ramach galerii, wnosił artyzm także do codzienności projektując plakaty, reklamy, ilustracje i opakowania, które były dziełami sztuki samymi w sobie. Co ciekawe - jego sława wybuchła dosłownie z dnia na dzień za sprawą plakatów promujących sztukę z udziałem legendarnej aktorki Sarah Bernhard. Był one tak inne od wszystkich, że ludzie dosłownie zdzierali je ze ścian i słupów ogłoszeniowych, by zabrać je ze sobą do domu. Choć spektakularny sukces w Paryżu przyniósł artyście uwielbienie całej Europy, zawsze podkreślał on swoje czeskie i słowiańskie pochodzenie nie dając się wtłoczyć w pokusy tworzenia "pod publikę". Dzięki immersyjnej wystawie w warszawskiej Fabryce Norblina można do jego obrazów dosłownie wejść i zanurzyć się w atmosferze secesyjnego piękna po uszy - nie tylko za sprawą "zwykłego" zwiedzania, ale i organizowanych w przestrzeni galerii warsztatów perfumeryjnych oraz zajęć z jogi.
Wystawa "Alfons Mucha - Magia Secesji" jest dostępna do połowy września.
Historia, a zwłaszcza sztuki przez lata była opowiadana wyłącznie z męskiej perspektywy, a artystki często w niej pomijano, ignorowano albo wręcz albo infantylizowano. To nie kwestia zamierzchłych czasów - nawet wśród polskich twórców przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku kobiety reprezentuje, poza Olgą Boznańską, zaledwie kilka malarek. W tamtym momencie historii pokolenie kobiet żyjących pod zaborami najzwyczajniej w świecie pozbawione było możliwości kształcenia akademickiego, a ich ambicje uważano za w najlepszym wypadku wysoce niestosowne i niemożliwe do zaakceptowania. Duch twórczy nie dawał się jednak tak łatwo okiełznać i powstrzymać - krok po kroku wytrwałe twórczynie opierały się presji, pokonywały ograniczenia społeczne i budowały uznanie. Choć bogata spuścizna działających wówczas kilkuset wykształconych kobiet z niejasnych powodów została zapomniana, muzealnicy i historycy sztuki powoli i konsekwentnie wydobywają ich głosy z mroków przeszłości i nagłaśniają je. Jedną z takich inicjatyw jest wystawa "Co babie do pędzla?!" w lubelskim Muzeum Narodowym na Zamku. Zobaczymy tam nie tylko Boznańską, Stryjeńską, Muter czy Halicką ale i Bilińską, Gross, Rajecką, Kobro, Pająkównę, Łunkiewicz Rogoyską, Ładę-Maciągową, Chełmońską, Karp, Biankę i Roszkowską. Nie kojarzycie ich? W historii nic dziwnego - ale najwyższa pora to zmienić.
Wystawa "Co babie do pędzla?!. Artystki polskie 1850–1950" jest dostępna do 5 października.