Nie sposób nie zacząć od meblościanki, która wyprzedzając inne skojarzenia przychodzi na myśl jako pierwsza, gdy mowa o PRL-owskich wnętrzach. Za projekt najsłynniejszej z nich odpowiadała para projektantów, Bogusława i Czesław Kowalscy, a przyniósł im on międzynarodowe uznanie. Ciężka, często w kolorze orzecha, dębu, mahoniu lub wiśni, z niezliczonymi półkami, szafkami, otwieranymi barkami i przeszklonymi witrynami… Nie dość, że przechowywała w sobie pół dobytku gospodarzy, to jeszcze często funkcjonowała jako prowizoryczna ścianka działowa. Nie było mieszkania bez chociaż jednego takiego kolosa - być może dlatego po latach 80. i 90. Polacy mieli do tego mebla aż taką awersję. Dziś jednak powoli wracają - choć oczywiście w rozsądniejszych ilościach. Polecamy zdecydować się na taką o ażurowej budowie - nada wnętrzu lekkości i nie wywoła poczucia przytłoczenia, jak jej starsza kuzynka. Co więcej, teraz do wyboru jest już znacznie więcej kształtów, a niektóre z nich są naprawdę nietuzinkowe. Doskonale nawiążą do nich niewielkie komódki lub konsole nawiązujące swoim kształtem do długich "jamniczków" na skośno ściętych nogach, na których niegdyś pyszniły się telewizory Neptuny czy radioodbiorniki Unitra.
Choć mieszkania w blokach z wielkiej płyty nie należały do najprzestronniejszych - ciasne, z małymi kuchniami i przechodnimi pokojami, to często przewijało się przez nie sporo gości. Do przyjmowania niezliczonych sąsiadów, rodziny i znajomych służył najbardziej reprezentacyjny pokój dzienny, który pełnił naraz mnóstwo innych funkcji. Jako jadalnia i, jak mawiało się dawniej "bawialnia" wypełniony był krzesłami (najczęściej prostymi "patyczakami", obłymi "muszelkami" lub "liski"), taboretami ("pajączkami") i stylowymi fotelami ("jamnikami" i "uszatkami") - tak, żeby każdy miał gdzie usiąść. Obowiązkowo musiała znaleźć się tam także rozkładana ława, która mogła posłużyć za wszystko - od małego stolika kawowego, po potężny stół na niedzielny obiad. Liczyła się po prostu oszczędność niewielkiej dostępnej przestrzeni. Co więcej - salon ów najczęściej służył również gospodarzom domostwa za sypialnię, rozkładana wersalka była więc niejako zestawem obowiązkowym i najsensowniejszą opcją. Najpopularniejsze modele były obite w brązy i zielenie, często z wzorami geometrycznymi czy orientalnymi. Choć dziś nie polecamy spać w taki sposób na dłuższą metę to jako krótki nocleg dla gości ta opcja nadaje się wyśmienicie.
Choć na perski dywan zawieszony na ścianie pewnie wielu z nas się nie odważy, na podłodze nie mieć go jednak niepodobna - a bordowa paleta kolorystyczna do dzisiaj jest jedną z najczęściej wybieranych. Biorąc przykład z racjonalnego PRL-owskiego podejścia do oszczędzania przestrzeni, możemy też skorzystać z rozmaitych puf, które same w sobie będą schowkiem na rzadziej używane przedmioty (lub częściej, jeśli postawimy je w strategicznych miejscach, np. w przedpokoju). Warto też zainspirować się zróżnicowaniem palety kolorystycznej mieszkania pomagającej oddzielić poszczególne jego części od siebie pod kątem wykonywanej funkcji. Tak jak w pokojach dziennych i sypialniach dominowały brązy, beże, zielenie, pomarańcze i musztardowe żółcie - barwy ciepłe, ale przytłumione, tak w kuchni i łazience częściej pojawiały się pastelowe błękity, miętowe zielenie i kremowe biele. Wnętrze w stylu PRL-u nie byłoby także sobą bez roślin - świetnie nadadzą się wszelkiej maści zwisające lub podwieszane bluszcze, stojące na podwyższeniach monstery czy nowe odmiany paproci w plecionych, makramowych uchwytach zwisające z sufitu.