Jej dom ma mroczną historię - kiedyś w nim "straszyło". Krystyna Janda przemieniła go w przytulne gniazdko

Krystyny Jandy przedstawiać nie trzeba nikomu - to jedna z najwybitniejszych polskich aktorek, której ogromną popularność przyniosły role w kultowych filmach Andrzeja Wajdy. Ta laureatka Złotej Palmy w Cannes ma rękę nie tylko do sztuk teatralnych, ale i tych wnętrzarskich. Jej dom w Wilanowie to istna oaza spokoju - a nie zawsze tak było, kryje on bowiem mroczną historię.
fot. Agencja Wyborcza / instagram Krystyny Jandy

Aktorka, operator i miłość na planie

Choć fani kochają ją za charyzmę, szczerość i niezwykłą umiejętność łączenia dramatyzmu z lekkością, doceniają także jej działania poza aktorskie, odwagę w wyrażaniu poglądów i poczucie humoru. Janda jest bowiem bardzo znana ze swojej działalności aktywistycznej, społecznej i kulturalnej. Prywatnie przez ponad 30 lat związana była z operatorem filmowym Edwardem Kłosińskim - ich była miłość zaczęła się na planie w latach 70. i trwała aż do jego śmierci. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, jak grom z jasnego nieba - dopiero z czasem pojawiło się pomiędzy nimi uczucie.

Na przełomie lat 80. i 90. świeżo upieczeni małżonkowie zamieszkali w Milanówku, w willi otoczonej gęstym ogrodem, którą wspólnie odnowili. Obecnie wartość ich nieruchomości szacowana jest na ok. 3 miliony złotych. Co znajduje się w środku? Bardzo klasyczny, nostalgiczny wręcz wystrój - meble o tradycyjnych formach, antyki i dekoracje w stylu retro. To miejsce stało się azylem pary, gdzie po dniach intensywnej pracy przy filmach i sztukach teatralnych, znajdowali spokój i rodzinne ciepło.

"To nie jest szczęśliwy dom"

Nie od razu jednak tak było - budynek miał za sobą bardzo trudną, mroczną wręcz historię. Podczas II wojny światowej bowiem część willi pełniła funkcję szpitala powstańczego. W późniejszej sypialni pary urządzono wtedy coś w rodzaju sali dla ciężko rannych, którą nazywano "umieralnią".

Kiedy Janda z mężem pierwszy raz przekroczyli próg budynku, poczuli "bardzo ciężką energię" - jak aktorka później wielokrotnie podkreślała w wywiadach, czuła się jakby "ściany wciąż pamiętały dramaty, które się tam wydarzyły".

O samych początkach mieszkania opowiadała, że w domu wręcz "straszyło" - domownikom zdarzało się słyszeć dziwne dźwięki, skrzypienia czy chłód chłodu i obecności czegoś więcej niż tylko pustych pokoi. Dokładniej historię tą aktorka opisała na swojej stronie internetowej:

Straszyło, na początku, jak się wprowadziliśmy. [Dom] zbudował wielki śpiewak operowy, przyjaciel Kiepury. Miał nadzwyczajny głos. Kiedy budował ten dom był Bogiem, śpiewał w Metropolitan, już po roku kontraktu, rozpił się, stracił głos (..) zamieszkał tu na stałe, pił, przepił dom, czy przegrał w karty, Kiepura mu go podobno wykupił, znów przepił. Śpiewał potem za kieliszek wódki. Umarł tu, niedaleko, obok tego domu, w takiej komórce, na kupie węgla. To nie jest szczęśliwy dom. 

W piwnicy zaś mieścił się skład broni. Wtedy aktorka postanowiła, że musi wziąć sprawy w swoje ręce.

Pojechałam na Powązki i odnalazłam grób Gruszczyńskiego. Zapomniany, zarośnięty. Zapaliłam świeczkę. "Trzeba było lepiej wlać do grobu butelkę dobrej wódki!", powiedziała mama. W tym pokoju , który teraz jest pokojem ojca, żona Gruszczyńskiego, chora umysłowo siedziała godzinami na fotelu, na środku pokoju, patrzyła w zawieszone prawie pod sufitem lustro i czesała włosy. Trzeba jakoś tego Gruszczyńskiego przebłagać żeby nas zaakceptował.

Tej samej nocy w posiadłości spadła półka, na której stała najpiękniejsza porcelana Jandy.

Wszystko się potłukło. Oglądałam serwantkę z mamą cały poranek. Nie było powodu. Wszystko jest w porządku,. Nic się w meblu nie zepsuło, nie ułamało. Dziwne. (...) Zaczepiła mnie starsza pani w sklepie: "wie pani. że tam w ogrodzie w kącie są zakopane trupy ze szpitala? Oni nie nadążali grzebać, kto by tam jeździł na cmentarz, w tym domu było piekło!

"Musimy coś zrobić"

Miarka przebrała się, kiedy Janda wróciła do domu z nowonarodzonym synkiem, Jędrusiem, który nie był w stanie w willi zasnąć i całą noc płakał. W nocy słyszała kroki na schodach.

Musimy coś zrobić, ja się zaczynam bać! Psy wyją nocami, ciągle zdarza się coś dziwnego. (...) Wezwałam księdza z sąsiadującego z nami kościoła Milanowskiego. Spojrzał na dom w pełnym rozkwicie remontu, wziął [krucyfiks] do ręki. (...) Basia szła za mną trzymając wodę święconą rozlaną na talerzu. Przechodziłyśmy z pokoju do pokoju, żegnałyśmy się i kropiłam wszystkie kąty. Tak obeszłyśmy cały dom.

Od tego momentu wszystko się skończyło.

Psy przestały wyć, porcelana się tłuc, nikt nie biegał już po schodach, przedmioty przestały ginąć, przemieszczać się , dziwne głosy odzywać. Uwielbiamy ten dom. W niedzielę zdarza się że do obiadu siada 18, 20 osób. Pokoje gościnne na strychu są często zajęte. Jest to dom przyjazny, gościnny, wesoły, wszyscy się w nim dobrze czują. To jest nasze miejsce na ziemi. Nie wyobrażamy sobie innego. Co roku chodzimy na grób pana Gruszczyńskiego. No i uratowaliśmy zabytek!

Przez lata aż do dziś dom tętni życiem rodzinnym, gwarem, śmiechem, muzyką i rozmowami. Klimat się zmienił. Janda żartowała, że "wypędzili złe duchy" właśnie przez codzienność, miłość i energię, jaką wnieśli w to miejsce.

Jednym z wspólnych zwyczajów pary była impreza dla polskiego środowiska okołofilmowego, którą organizowali co roku w Boże Ciało. Po śmierci małżonka Janda kontynuowała tą tradycję. Na przyjęciach w willi w Milanówku pojawiali się m. in. Andrzej Grabowski, Bogusław Linda, Daniel Olbrychski czy Katarzyna i Cezary Żakowie. Do dziś jej willa uchodzi za dom z duszą - i to dosłownie: kiedyś powstańców, dziś rodziny, sztuki i wspomnień.

Więcej o: