Ta artystka wynalazła samą siebie na nowo, a jej powrót fani przyjęli z wielkim entuzjazmem. Od 2022 roku Anderson przeżywa istny renesans, okrzyknięty przez media branżowe "Pamaissancem" - pojawiła się na Broadwayu w legendarnym musicalu Chicago, opublikowała autobiografię, a w zeszłym roku jedną ręką udźwignęła sukces niezależnego filmu "The Last Showgirl", który przyniósł jej nominację do Złotego Globu. Przez wielu krytyków tę ostatnią kreację okrzyknięto najlepszą w jej całej dotychczasowej karierze. Nic dziwnego - to był intymny dialog między fabułą a jej własnymi doświadczeniami. Trudno wyobrazić sobie lepiej obsadzoną rolę Shelley - tancerki z 30-letnim stażem pełnej dylematów, co dalej zrobić ze swoim życiem, jeśli ciało - jej największy atut - przestało już być w kanonie atrakcyjności. Głębia, którą Pamela nadała tej postaci znów zwróciła na nią oczy całego świata - gdy więc media obiegła informacja, że po wspólnym zagraniu w komediowej "Nagiej Broni" z Liamem Neesonem parę połączyło uczucie, fani oszaleli.
Pamissance objął jednak przede wszystkim wyraźną metamorfozę wizerunkową. Kiedyś z Anderson bezlitośnie utożsamiano głównie z bimbo - stereotypową "głupiutką blondynką", która jedyne co ma do zaoferowania to powiększony chirurgicznie biust i ładną buźkę. Aktorka, co by nie zrobiła, nie mogła się uwolnić od tej etykiety - stała się ofiarą własnego wyglądu, który wówczas mieścił się idealnie w ramach kanonu lat 90. W 2025 roku takich ograniczeń już na szczęście nie ma, a Pamela obok innych hollywoodzkich gwiazd takich jak Gillian Anderson stała się ikoną naturalności i dojrzewania na własnych zasadach. Widzimy ją w jej ukochanym ogrodzie nazwanym biblijnie Edenem, po łokcie w ziemi, bez makijażu, promieniejącą wewnętrznym spokojem. Jej dzisiejsza obecność w mediach to manifest naturalności i harmonii, który brzmi nie jak krzyk, ale spokojny, stanowczy komunikat: nie, nie schowam się, tak, wiem, że się starzeję - i co z tego? Nie wolno?
Za zmianą wizerunku poszła również zmiana miejsca zamieszkania - Pamela po latach powróciła do rodzinnej posiadłości na Vancouver Island otoczonej okazałym ogrodem o powierzchni niecałych trzech hektarów. Anderson spędza tam najwięcej czasu - pośród warzyw, ziół i pachnących kwiatów (szczególnie róż, które są dla niej bardzo ważne). Część plonów z tego "Edenu" trafia do lokalnych banków żywności, kuchni dla potrzebujących i sąsiadów. Artystka prowadzi też od kilku miesięcy wegański program kulinarny, a w zeszłym roku wydała książkę kucharską nominowaną do nagrody James Beard Award.
- Poświęciłam dużo czasu, żeby odrzeć samą siebie z tej karykatury, którą stworzyłam i w którą sama zaczęłam wierzyć, że jest prawdziwa. Czułam mocno, że to już koniec tamtego życia. To było trochę jak śmierć, ale w pewnym sensie to był i początek - mówiła w rozmowie z Mirandą Sawyer z The Guardian.
W dokumencie Netflixa na swój temat pod tytułem "Pamela, A Love Story" artystka podkreślała, że "nie jest damą w opałach". - Miałam do czynienia z naprawdę szalonymi sytuacjami i wszystkie przetrwałam - powiedziała.
Dziś wszyscy mówią o nowej, codziennej-niecodziennej inicjatywie kulinarnej Anderson - wraz z innym ogrodem, Flamingo Estate wypuściła limitowaną serię kiszonych pikli sporządzonych na podstawie legendarnego, obsypanego nagrodami przepisu jej ciotecznej babki Vie. Sekretnym składnikiem są w nich płatki róż, a także koper, gorczyca, czosnek, różowy pieprz, papryczki fresno i guajillo oraz wędzona sól morska. Tych "najsmaczniejszych ogórków, jakie kiedykolwiek jedliśmy" dostępnych jest tylko kilkaset słoików, a cena jednego opiewa na 38$ (prawie 140 zł). Całość dochodu z ich sprzedaży trafi do California Wildlife Center, organizacji non-profit zajmujących się ochroną, leczeniem i rehabilitacją dzikich zwierząt występujących na kalifornijskim wybrzeżu.
- Kiedy po raz pierwszy poznałem Pamelę, połączyła nas jej miłość do ogrodu oraz niezwykła wiedza i umiejętności jako szefowej kuchni, aktywistki i bojowniczki o ekologię. Uświadomiłem sobie, że ta część mnie, która znała Pamelę Anderson, tak naprawdę znała tylko jeden procent jej prawdziwego oblicza. Teraz wiem, że jest ona niczym latarnia morska dla ludzi, którzy chcą żyć pełnią życia, szczęśliwie i zdrowo, na własnych zasadach - pisze o niej Richard, właściciel posiadłości i marki Flamingo Estate.