Sam brutalizm znany jest w Polsce bardzo dobrze - szczególnie zaznaczył swoją obecność w latach 50-70. ubiegłego wieku, czyli w okresie wczesnego i rozkwitłego już PRL-u. Styl ten był odpowiedzią na potrzebę prostych, trwałych budynków - bez ozdób, przede wszystkim funkcjonalnych i wpisujących się we wzniosłe idee i plany urbanistów planujących "miasta przyszłości".
Biophilia zaś jako trend w projektowaniu pojawiła się dopiero w latach 80., a rozwój jej podbijały mocno badania nad zbawiennym wpływem natury na zdrowie psychiczne (do dziś takie miejsca jak pijalnia wód w Krynicy Górskiej cieszą się turystycznym zainteresowaniem).
Biophilic brutalism zaś to dziecko już naszego wieku, a narodziło się ono jako odpowiedź na krytykę "zimnego" brutalizmu, łącząc jego monumentalność z potrzebą przyjaznych, ekologicznych przestrzeni. To design, w którym masywne, betonowe, geometryczne formy zestawia się z naturą, zielenią i elementami organicznymi. Chodzi w nim głównie o to, żeby zrównoważyć ciężar i chłód surowego betonu żywymi roślinami, wodą, światłem i naturalnymi materiałami.
Kto go tak naprawdę ten styl wymyślił? Nie ma tu konkretnego "ojca" czy "matki", rozwijał się on dość (sic!) naturalnie i równolegle w różnych miejscach świata. Jednymi z najbardziej znanych na świecie studio projektujących w tym nurcie jest Heatherwick (odpowiedzialne m. in. za charakterystyczny nowojorski The Vessel przypominający kształtem plaster miodu czy targowisko Coal Drops Yard w Londynie). Warte uwagi są tutaj również projekty BIG (Bjarke Ingels Group), którzy łączą surową geometrię z ogromnymi połaciami zieleni - jedną z ich najsłynniejszych realizacji jest 66-piętrowy wieżowiec The Spiral w Nowym Jorku, którego fasada opleciona została tarasami ogrodowymi.
Co więcej - biophilic brutalism i w polskiej architekturze miejskiej pojawiał się od lat w postaci np. ogrodów dachowych, wertykalnych czy pasiek miejskich (jak na przykład ta na dachu Centrum Spotkania Kultur w Lublinie). Niezauważalnymi i dosyć niewinnymi reprezentantami tego nurtu były także nieśmiertelne paprotki, które pamięta dobrze każdy, kto chodził do szkoły na przełomie laty 90. i dwutysięcznych. Dziś można zaobserwować go w najnowszych biurowcach, które bardzo często mają w środku w pełni rozwinięte drzewa umieszczone w specjalnie naświetlonych wnękach. W domach pojawia się zaś w postaci lasów w słoiku czy tak ostatnio popularnych obrazów z żywym mchem.
Co jest w tym stylu aż tak niezwykłego, że poruszyło nie tylko planistów miejskich i projektantów, ale także futurologów i twórców science fiction? Złagodził on kontrowersyjny brutalizm (który bywał oskarżany o bycie "nieludzkim") i stworzył prawdziwą przestrzeń przyszłości. To estetyka cyberpunku w wersji eko, w którym hiper rozwinięta technologia spotkała się z powrotem do natury - widać ją na przykład w "Blade Runnerze 2049", w którym pojawiają się monumentalne, betonowe wnętrza, których surowość przełamują hologramy roślin i sztuczne strumienie.
W postapokaliptycznych dziełach SF pojawia się także często wizja miast przyszłości, gdzie roślinność przejmuje całe miasta porastając ruiny i budując na nich nowe życie - taki scenariusz pojawia się np. w grze komputerowej "Horizon Zero Dawn", w której główna bohaterka orientuje się, że świat, w którym żyje jej plemię już raz był zamieszkany przez niezwykle zaawansowaną cywilizację, na której pozostałości wciąż się natykają. Ten nurt SF nazywa się właśnie ekobrutalizmem - w tym scenariuszy przyszłości surowa architektura wiąże się albo ze zrównoważonym rozwojem, albo zwycięstwem natury nad technologią. natura wrośnięta w technologię. W ten sposób wnętrzarsko biophilic brutalism staje się więc realistyczną wersją futurystycznych wizji , a to, co w filmach pokazano jako konieczność, staje się modnym kierunkiem projektowania.